środa, 19 października 2016

nienawidzę siebie

Od mojego pierwszego posta minął prawie tydzień. I prawie nic się nie zmieniło. Nie jem przez długi czas, a potem nagle jem i wszystko wymiotuję. A przynajmniej staram się wszystko, bo inaczej czuję się jak kompletne gówno (i tak tak się czuję). Ćwiczę, biegam, a potem klęczę opuchnięta nad kiblem.
Więc kurwa jeszcze raz sobie powtarzam. Teraz naprawdę od dziś. Ja nie chcę więcej klęczeć nad kiblem. Przestałam mieć ochotę spotykać się z ludźmi, nie chce mi się z nikim rozmawiać. A każde wyjście łączy się z ryzykiem jedzenia. W dodatku z ryzykiem, że nie będę mogła go od razu zwymiotować. Czuję jak sama siebie zabijam od środka. Ale nikt o tym nie wie. A dopóki nikomu o tym nigdy nie powiedziałam, to też i sobie wmawiam jakby że nie jest ze mną źle. Jestem beznadziejna.
Proszę cię, od dziś.
Zmieniłam tapetę na telefonie. Ustawiłam M. z naszego wspólnego wyjazdu. Byliśmy razem w górach w wakacje. Poznałam go przez internet. Nigdy nie byłam w związku, nie chodziłam na randki. Moje kontakty z chłopakami raczej ograniczyły się do tych po alkoholu. Nie przeszkadzało mi to, lubiłam to. Ani nie jestem z tego dumna, ani się tego nie wstydzę. Ja nie chciałam się zakochać. Bałam się być kochana, bo przecież jestem beznadziejna. To nie było tak, że nikt sie mną nie interesował. Ale im bardziej się ktoś interesował, tym bardziej nie chciałam, po prostu nei chciałam się w nic zaangażować i cierpieć.
M. poznałam przez internet. To nie było tak, że pisaliśmy w celu stworzenia jakeigoś 'związku'. Zaczęlismy rozmawiać w grudniu zeszłego roku. Nie zależało mi na nim, ale fajnie tak było wygadać się czy gadać jakieś kompletne głupoty osobie, której nawet nie widziałam, z którą nie mam wspolnych znajomych. Wymienialiśmy się nawet wrażeniami co do chłopaków/ dziewczyn. On jest starszy o 5 lat. Pomimo tego też ma (miał?) takie podejście, że nie potrafił się zakochać. Rozmawialiśmy tak parę miesięcy, czasem się parę tygodni w ogóle nie odzywaliśmy i żadne z nas  nie miało z tym problemu. Po prostu tak, nie byliśmy dla siebie kimś ważnym, ale potrafiliśmy sobie mówić o wszystkim, opowiadać jakieś dawne historie.
Sami nie wiedzieliśmy jak to się stało, że jakoś od kwietnia, a chyba bardziej maja, zaczęliśmy rozmawiać praktycznie codziennie, po prostu pisaliśmy cały czas. Muszę dodać, że byliśmy z tego samego miasta. Wcale nei było tak, że nie mogliśmy się spotkać, bo mogliśmy. On zresztą opowiadał mi o swoich randkach z internetu i o tym jakie chujowe były. Parę razy było tak, że mieliśmy się juz gdzies tam spotkac, ale  nie we dwoje, tylko tak wychodziło że ja byłam z moimi znajomymi, on ze swoimi, ale w koncu cos nie wychodzilo. Zaproponował mi wyjazd z jego kolegami nad morze, ale ja wtedy nie mogłam, bo miałam zaplanowany inny wyjazd.
Spotkaliśmy się w połowie lipca. A do tego czasu nasze pisanie w jakiś sposób przerodziło sie już we wcale nie takie kumpelskie. Pisaliśmy cały czas, o wszystkim. Ja wyjechałam na początku lipca na melanż kilkudniowy i cały czas rozmawialiśmy przez telefon (wcześniej nawet się nie wymieniliśmy numerami). Bałam się tego spotkania, bałam sie ze stwierdzi, że estem beznadziejna. A jednak nastepnego dnia sie odezwal i dalej cały czas pisaliśmy, w zasadzie to nic nie zmieniło, a jeżeli już, to na lepsze. Byłam strasznie szczęśliwa. Potem spotkaliśmy się jeszcze dwa razy. A naszym czwartym spotkaniem był wyjazd w góry. Tak, ktoś może uznać, że to kompletnie nierozsądne. Planowaliśmy ten wyjazd, zanim się w ogóle spotkaliśmy pierwszy raz. Raczej się śmiałam z tego, przecież nie wiedziałam, czy w ogóle keidys sie z nim spotkam, a co dopiero wyjadę. Ale ja naprawdę mu ufałam, kompletnie nie bałam się z nim jechać, wiedziałam, że nic mi nie zrobi.
Było super, naprawdę. Byłam strasznie szczęsliwa. Czulam, ze  w koncu ktos ze mna wytrzymuje. I to ktoś, na kim mi zależy tak samo mocno. To był specyficzny wyjazd, tak jak i nasza relacja. Ale widziałam, że mu zalezy. On też nigdy nie był z żadną dziewczyną na takim wyjezdzie. Wiedział o mnie bardzo dużo. A było tak dlatego, że nikogo przed nim nie udawalam, bo był dla mnie tylko kolegą z internetu, wiec moglam mowic wszystko, nie zastanawiając się co pomysli. Dzieki temu tak dobrze mnie poznał.
Ale pierwsze spotkanie po tym wyjezdzie zjebało wszystko. Przestaliśmy się do siebie odzywac, nie mam siły o tym myśleć, bo mam łzy w oczach na sama myśl. Ja byłam pewna, że chodzi o to, że wyjeżdżam na parę miesięcy (wiedział o tym od dawna), jemu chodziło o coś zupełnie innego i tak się zaczęło psuć. W końcu mu powiedziałam, że jeżeli męczą go kontakty ze mną, to niech po prostu je zerwie, przecież się nie zabiję. Szczerze mówiąc do tej pory nie wiem, czemu się zjebało. Bo było naprawdę cudownie, to był pierwszy chłopak o którym cokolwiek wspomniałam mojej mamie. Strasznie mu ufałam. Nie, w zasadzie ja nadal mu ufam. Nie widziałam go od 2,5 miesiąca, a nic mi nie przeszło. Nie mam ochoty spotykać sie z nikim innym. Na początku września, po moim wyjezdzie, pisalismy troche, nie dalo sie ukryc, ze martwil sie czy sobie radzę. Tylko co z tego? Potem ja się nie odzywałam, on się nie odzywał... Ale mi wcale nie przestalo zalezec, ja tylko nie chciałam sie narzucac. Pomyślałam, że odezwę się, po 3 tygodniach. Niech wie, że to nie jest tak, że wyjechałam i juz mam nowe życie, że wcale o nim nie zapomniałam. Odezwę się raz i obiecałam sobie, że więcej tego nei zrobię, jeżeli on będzie miał to w dupie.
Od paru dni M. cały czas się odzywa. Po prostu czasem zapominam, że cokolwiek się miedzy nami spieprzyło. Już tyle razy myślałam że to już "koniec'. Ale ten koniec chyba nigdy nie nastąpi, nie wiem. Wiem, że niektórzy by powiedzieli, że lepiej skończyć coś takiego i w ogóle nie utrzymywać kontaktu, że łatwiej zapomnieć. Pewnie tez bym tak powiedziała.
Ale nie potrafię, nie chcę. Nie chcę nikogo innego. \Może się jakoś ułoży?
A na pewno się nie ułoży, jeżeli wrócę spasiona. Dlatego ta tapeta. Jak bedę chciała się nażreć, to spojrzę i mam nadzieję, że mi sie odechce. Nie wiem nawet, czy on będzie chciał się ze mną spotkać, ale jeżeli będzie, a ja będę tłusta i będę się wstydziła, to nie daruję sobie, że nie zaczęłam dziś.

Nie wiem czy ktoś to przeczyta w ogóle, ale jeśli tak, to trzymajcie się chudo ;* a ja jeszcze na dobranoc poczytam Wasze blogi.

1 komentarz:

  1. Ja ze swoim chłopakiem też pisałam przez calutki rok. To było tak że ja się o niego starałam bo miał kogoś innego na oku...kiedyś się minęliśmy i się zaraz odwróciłam żeby na niego spojrzeć i wtedy on też to zrobił a mi zaczęło bić serce jak oszalałe. Później go widziałam ze swoim znajomym i tak go znalazłam w sieci. Zaczelam pisać to była jakaś gadka szmatką gówniarzy ,teraz się smiejemy z tego co pisaliśmy. Gdy mijał rok stwierdziłam że odpuszczę sobie. Nie pisalam kilka dni, aż pewnego razu odebrałam od niego telefon z propozycja spotkania. Gdy do niego doszło spytał się czy chcę z nim być, zgodziłam się chodź już nie czułam tej ekscytacji nim. Teraz jesteśmy już razem ponad 6 lat a znamy się 7 i żałuję że brnęłam w to dalej . Nie jestem szczęśliwa :(

    OdpowiedzUsuń